Radosław Kobierski: O narodzinach projektu „Sztuka w służbie ducha i ciała”

Między zdrowym a chorym nie ma różnicy
Każdy cieszący się zdrowiem jest chorym, tylko jeszcze tego nie wie.

Zaczęło się tak, jak zazwyczaj się zaczyna w takich przypadkach. Przy okazji. W kabinie prysznicowej albo podczas osuszania ciała ręcznikiem. Wyczuwalne zgrubienie, wyraźne choć najwyraźniej przeoczone. Niewiele jest osób, którzy dobrze znają swoje ciało. 

Nawet hipochondrycy wiecznie wsłuchani w pracę własnych organizmów niczym w zegary ładunków wybuchowych, nie mogą powiedzieć, że znają, bo ich świadomość to wypadkowa twardych medycznych faktów ale i różnych strategii projekcyjnych. Zaprojektowane ciało niekoniecznie działa tak, jak przewidział to ustrój hormonalny.

Jak powinno brzmieć nowe przykazanie? „Będziesz poznawał swoje ciało, będziesz je wkuwał na pamięć, aż je zapamiętasz. Od tej pory ciałem własnym ciało własne poznasz” (Ślicznie mnie zszyli)

Wyczuwalne zgrubienie jest może tu od dawna, dopiero teraz zauważyła. Albo jest od niedawna, i jeśli jest to to, o czym myśli, może mówić o szczęściu.

Musimy wziąć również pod uwagę fakt, że nasze ciała nie są równe nie tylko wobec innych ciał ale również wobec samych siebie. Są obszary dozwolone i obszary zakazane. Obszarów zakazanych – określających naszą seksualność – nie obejmuje edukacja albo obejmuje je w niewielkim stopniu. Guz na kolanie to nie to samo co guz w szyjce macicy. Gdyby np. informacje o „wciągnięciu” piersi, sutka należały do powszechnej wiedzy publicznej i profilaktycznej na tej samej zasadzie co wyczuwalne pod palcami zgrubienie, a nie stanowiły wyłącznie ciekawostek z życia gwiazd, być może pacjentów długoterminowych mielibyśmy mniej. I ofiar mniej.

W tym przypadku było jedno i drugie. I wyczuwalny guz i zapadnięcie sutka. Bohaterka (bliska rodzina) błyskawicznie i za własne środki wykonała serię badań. Gdyby chciała czekać na służbę zdrowia, na którą płaci od 40 lat ciężkie pieniądze, najpewniej skończyłoby się tragicznie. USG, MRI, dwie biopsje gruboigłowe, dwa materiały do histopatologii. Wiadomości były dobre i złe. Złe – rak spikularny – wygląda jak rozgwiazda – naciekający na mięsień, nieoperacyjny. Dobre – franca nie ma przerzutów, węzły czyste, może zareaguje na terapię hormonalną. Kiedy się zmniejszy, zostanie usunięty razem z węzłami wartownikami. Dwa tygodnie później następuje aktualizacja danych – okazuje się, że nie ma nacieku, mastektomia jest możliwa (choć nie wiadomo, czy serce wytrzyma). Jedziemy do Gliwic na scyntygrafię. Węzły zaznaczone są na skórze i wydrukowane na kartce – przypominają późne, kosmogeniczne abstrakcje Nowosielskiego.

Nie ma chyba dobrego momentu, kiedy dociera do nas informacja o ciężkiej chorobie. Każdy moment jest zły. Nigdy nie jesteśmy dość przygotowani – powiedział w jednym z wywiadów Piotr Bursiewicz.

To wszystko dzieje się w zasadzie równolegle do wydarzenia rozciągniętego na dwa jesienne miesiące. Uczestniczę w jednym i drugim. Jeszcze w Klinice na Ceglanej i na spotkaniu Cztery pory raka jestem tylko obserwatorem, ale już podczas występu Teatru Zar moja pozycja ulega zmianie. Na skali między asymilacją teorii (nawet jeśli empatyczną) a radykalną praktyką, którą jest fizyczne, bezpośrednie doświadczenie choroby, jestem gdzieś w połowie.
O Marcie Paradeckiej usłyszałem pierwszy raz w maju 2020 roku, na początku pandemii. Festiwal A Part był jedyną cykliczną imprezą, która odbywała się wówczas w Katowicach. Rozmawiałem po spektaklu z Moniką Wachowicz przed siedzibą teatru. Monika opowiedziała o dziennikach Marty, o jej zmaganiach z rakiem, planach przeniesienia fundacji „Sztuka dla życia” na Śląsk, o spektaklu „W zawieszeniu”, który przygotowała razem z Artim Grabowskim. Półtora roku później fundacja już działała pełną parą, jednostkowe wydarzenie teatralne stało się fundamentem pod przyszły dwumiesięczny program. Nic nie spadło z nieba, w cały projekt Monika włożyła swoje zaangażowanie i siły, zaraziła entuzjazmem wszystkich, którzy dali się i chcieli się zarazić, walczyła o każdą złotówkę w realiach pandemicznych i politycznych, czyli kompletnie niesprzyjających realizacjom dużych projektów. W tekście przewodnim mogliśmy przeczytać, że do cyklu Sztuka w służbie Ducha i Ciała zaprasza się kobiety doświadczone onkologicznie – zarówno w domenie arteterapii – poprzez spotkania z rzeźbą, w obszar muzyki, fotografii, performansu, słuchowiska i spektaklu/seansu teatralnego. Wierzę głęboko – pisała Monika Wachowicz – że cykl uruchomi w kobietach, widzach, uczestnikach wydarzeń potrzebę otwarcia się na świat, uwrażliwi i przede wszystkim uwolni emocje, pozwoli na wyrażanie siebie, swoich potrzeb i uczuć […] Wierzymy w synergię – poprzez wspólne działanie przyczyniamy się do tworzenia nowych efektów i ścieżek w otaczającej nas rzeczywistości, która podlega nieustannym przeobrażeniom.

Jak zachować równowagę, kiedy cały świat staje na głowie? I ten świat zewnętrzny, doświadczany przez masowe migracje i pandemie – i wewnętrzny, przeobrażany kompleksowo przez chorobę? Jak zachować spokój i odnaleźć się w tak zsumowanej, nadliczbowej sytuacji?
Cały czas, uczestnicząc w wydarzeniach, zastanawiałem się, w czym tak naprawdę biorę udział. Wydarzenia muzyczne nie naprowadzały bezpośrednio na przedmiot – mogły się odbywać wszędzie (chociaż teraz odbywały się również w szpitalu i klinice), repertuar nie odnosił się do raka ani żadnej innej choroby, raczej opisywał doświadczenia wspólnotowe, kulturowe, fizyczne – ciało jako holistyczne narzędzie artykulacji. Spektakle (Szeol, Okruchy) z racji ich struktury – wariacyjnej, etiudowej – poruszały po wielu liniach i elipsach, czasem te linie stykały się z problematyką całego projektu, opisywały je konkretne ekspresje i rekwizyty, w znacznej mierze jednak doświadczenie choroby włączały w cykl życia, następujące po sobie jego etapy, w sansarę. Dopiero ścisły finał w bytomskim Rozbarku – W zawieszeniu – zwizualizował dosłownie i precyzyjnie ideę (i praktykę) programu. Fragmenty dziennika Marty Paradeckiej, Susan Sontag z jej „Chorobą jako metaforą”, świetny „sceniczny słuch” Moniki Wachowicz, kapitalna scenografia i choreografia – to wszystko złożyło się na końcowy efekt. Uderzający, nawet bezlitosny. Nawet jeśli uznamy, że sztuka zaprzęgnięta do pracy nad cierpieniem zyskuje jakiś nowy wymiar, nawet jeśli uznamy, że cierpienie i samotność w chorobie da się przeobrazić, nadać im jakiś sens – w tym wszystkim znajduje się jakaś przestrzeń, której nie da się nagiąć. Ściana – jak pisał Czesław Miłosz – która nie poddaje się żadnym błaganiom. Jeśli piszę „bezlitosny”, mam na uwadze właśnie ten obszar. Zupełnie niepodległy wobec jakichkolwiek prób jego metaforyzacji.

To oczywiście żaden zarzut. Dosłowność nie została wpisana do projektu. Mało tego – projekt od początku zakładał wieloaspektowość. Wielość języków, którymi się opisuje nie tylko doświadczenie graniczne jakim jest choroba, ale również rzeczywistość zewnętrzną wobec choroby. Synergia polega na tym, że dzięki wspólnym wysiłkom odnajdujemy płaszczyzny, dzięki którym możemy się rozwijać i porozumiewać. Te płaszczyzny mają/ powinny mieć walor terapeutyczny jak i edukacyjny. Wypełnić jakąś część tej przestrzeni, która nie została dotąd zagospodarowana. Nie tylko przez państwo i służbę zdrowia. Również przez naszą mentalność, w której mieści się i bierność i pragnienie izolacji, przeżywanie wstydu i spolegliwość, z jaką przyjmujemy, że nikt nie będzie się zajmował naszym bólem (tak, mam tu na uwadze fizyczny ból towarzyszący chorobom onkologicznym). „Ból kości to było coś niewyobrażalnego”, „Beznadziejność bez piersi, za to z bólem rozrywającym klatkę piersiową” „Pani doktor nie miała dla mnie czasu. Odsyłała mnie do młodej stażystki. Czy tak trudno jest spojrzeć jak na człowieka a nie na kolejny numer? […] Zaledwie w ciągu jednego dnia po operacji wypadły mi wszystkie rzęsy i brwi. Wtedy naprawdę poczułam się brzydka. Trudno było patrzeć w lustro. Była tam czarna dziura bólu fizycznego i psychicznego, która zaczęła mnie wypełniać powoli, w całości” […] Dla mnie gorszy od okresu był brak okresu. Czuję się jak puste, wysuszone naczynie. Nie-kobieta. Kto mi zabrał moją kobiecość? Jakim prawem?”

To jeszcze jeden trudny (bezlitosny) fragment z dziennika Paradeckiej. Napieranie na ścianę, która nie ustępuje żadnym błaganiom.
Jestem daleki od stwierdzenia, że na program „Sztuki w służbie ciała i ducha” złożyły się wydarzenia mniej i bardziej istotne. A to z oczywistego powodu: projekt tak został pomyślany, żeby oddziaływał we wszystkich sferach i dotarł do wszystkich – również zdrowych. Miał „zadziałać” punktowo: tu i teraz, zaktywizować osoby, które mierzą się z chorobami onkologicznymi (co wcale nie jest taką oczywistą sprawą z racji pewnego paradoksu: osoby, które są na początku terapii, fazy załamania, wielopłaszczyznowego lęku czy zaprzeczenia i najbardziej potrzebują wsparcia, właśnie z powyższych powodów odmawiają wsparcia i udziału), oraz przyszłościowo – jeśli projekt będzie w kolejnych latach kontynuowany, jest duża szansa, że przyciągnie więcej środków i rozszerzy przestrzeń oddziaływania. Musi po prostu przeniknąć do świadomości obywatelskiej i zwrócić uwagę instytucji samorządowych i pozarządowych.

Jednak nie ulega dla mnie wątpliwości że działania „punktowe” miały większą wagę. Efekt zbiorowy (terapeutyczny), do którego zaliczam koncerty i spektakle jest trudny do przecenienia, ale praktyka – zwłaszcza warsztatowa i edukacyjna – wywiera bardziej precyzyjny wpływ. Na konkretnych ludzi. Z czterech zdarzeń o takim właśnie charakterze brałem udział we dwóch (za chwilę o tym, dlaczego we dwóch).
22 października miał miejsce otwarte spotkanie „Cztery pory raka”, które odbyło się w katowickiej ASP, z powodu pandemii było również transmitowane w sieci. Monika Wachowicz rozmawiała z Ludwiką Konieczną-Nowak, kierownikiem katedry muzykoterapii na AM w Katowicach i praktykiem w instytucjach opiekuńczych (dzieci w systemie opiece zastępczej). Dyskusja w zasadzie dotyczyła podstaw stosowania terapii muzycznej: integracji, tworzenia narzędzi komunikacji ponad barierami (i indywidualnymi biografiami), oswajania tabu, jakim jest choroba onkologiczna, charakteru terapii celowanej (nie muzyka sama w sobie jest lekarstwem, ale połączenie działań i strategii wykreowanych przez terapeutę i farmakoterapii). Kompleksowo temat został przedstawiony w nagraniu, jakie zrealizowała Katarzyna Nowacka z ramienia Dolnośląskiej Szkoły Wyższej (Psychoonkologia DSW) z Piotrem Bursiewiczem, wykładowcą, rehabilitantem i autorem programów rehabilitacyjnych. Rozmowa oscylowała między dwoma ważnymi sferami: społeczną i prywatną. W skrócie mówiąc Piotr Bursiewicz przedstawił obraz systemu opieki, która nie do końca spełnia swoją funkcję. To znaczy skupia się na leczeniu, ale ma charakter ilościowy nie jakościowy, przedmiotowy a nie podmiotowy, związany z postępem medykalizacji a nie holistyczny – uwzględniający rzeczywiste potrzeby osób chorych na raka i nowotwory. Mówiąc o systemie, Bursiewicz zwracał szczególną uwagę na rehabilitację, która nie służy aktywizacji chorych oraz o przestrzeni symbolicznej. W tej przestrzeni chory nie podejmuje wyzwania ale podlega wykluczeniu. „Nie mamy systemu rehabilitacji psychoonkologicznej opartego na badaniach naukowych” (a te badania mówią wprost: należy ćwiczyć, wspierać emocjonalnie, nie dać się zdominować chorobie). „Powinniśmy wprowadzać od najmłodszych lat system przygotowania do wsparcia terapii pod względem fizycznym i emocjonalnym, dopiero połączenia psychologii z rehabilitacją przynosi pełny efekt […] Choroba nie jest wykluczeniem, powinny być wzmocnione pasje pacjentów, powinni być stymulowani do przeżywania pozytywnych emocji”. To tylko kilka cytatów z tej ważnej rozmowy. Co ważne – rozmowy i refleksji popartych solidnie własnym doświadczeniem. Bursiewicz – można powiedzieć – najpierw przetestował wszystko na sobie, intuicje i praktykę rehabilitacyjną, zen i osiągnięcia kultury zachodniej, medytację jako pracę z oddechem i wiedzę z zakresu psychoonkologii – po to żeby jego walka a nowotworem nie poszła na marne, żeby inni pacjenci mogli z niej korzystać. Żeby zwrócić uwagę na niedociągnięcia systemu, żeby wygenerować inicjatywy oddolne – bo tylko one – zdaniem Bursiewicza – mogły mieć w przyszłości wpływ na metodykę i poprawę pracy rehabilitacyjnej z pacjentem.

Nie wiem doprawdy, ile osób tamtego dnia oglądało ten materiał. Siedziałem przed ekranem swojego laptopa – jeszcze zdrowy (wedle całkiem słusznej i realistycznej prognozy Piotra) – i zastanawiałem się, dlaczego wiedza i praktyka odnosząca się do chorób już uznanych za cywilizacyjne, nie staje się elementem powszechnej edukacji? Dlaczego pozostaje zupełnie niszowa? To znaczy – częściowo – znałem odpowiedzi na te pytania. I niestety – niemniej realistycznie – prognozowałem, że nic się w tej materii nie zmieni.

Kilka dni później w siedzibie Teatru A Part miało miejsce inne ważne wydarzenie programu „Sztuka w służbie ducha i ciała”. Reżyserka teatralna, Rita Jankowska przedstawiła słuchowisko „Ślicznie mnie zszyli”, będące finałem dwuletniego projektu „Kobieta Ciało Kultura”, który Jankowska realizowała z grupą społeczną kobiet (warto zaznaczyć, że większość „aktorek” po premierze wycofała się z realizacji z powodu trudności pracy z materiałem; to wtedy właśnie zrodziła się idea słuchowiska). Obie perspektywy – słuchowisko jak i opowieść o tym, w jakich bólach się rodziło, z jakimi problemami adaptacyjnymi i psychologicznymi się mierzyło, zanim zostało w końcu zrealizowane, były jednakowo istotne.

Muszę przyznać, że odczuwam pewien dyskomfort, kiedy próbuję nazwać emocje i stan, jakie mi towarzyszyły podczas tego spotkania. Oczywiście – słuchowisko jest pewną strukturą, umowną formą, w ramach której odbywa się komunikacja. Ta forma – jak każda inna – zawsze będzie „osłabiać” źródłowy przekaz. Niemniej nawet tak „osłabione” „Ślicznie mnie zszyli” okazało się doświadczeniem trudnym, momentami niewyrażalnym wobec wyrażonego w nim ładunku emocjonalnego, siły paradoksu a nawet poziomu absurdu. Choroba jest zjawiskiem intymnym i społecznym, właściwie cienką czerwoną linią, którą społeczne przekracza, całkowicie wchłaniając intymne. Można zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie społeczne i kulturowe wzorce (i antywzorce) kumulują się w sytuacji, kiedy jednostka choruje i pozbawiona zostaje swoich praw. Głosy w słuchowisku należą do mężczyzn i kobiet, ale to kobiety są jego bohaterkami. A w zasadzie jego mięsem. Głosy mężczyzn są echem systemu, echem postępującej medykalizacji (nawet jeśli oficjalnie i ideowo chce ona służyć społeczeństwu).

Rak ma płeć, mówi się. Utrata ciała dotyczy wszystkich, ale najgłębiej dotyka ona kobiecość. Może zniszczyć ją albo przetransformować. „Ślicznie mnie zszyli” jest świadectwem oscylacji między tymi dwoma doświadczeniami. Są osoby, które nigdy nie przekraczają pierwszego etapu – od momentu diagnozy ciało zaczyna krążyć między maszynami jak srebrny pył w atmosferze – stają się wewnętrzne, cała zewnętrzność zostaje w procesie medykalizacji zakwestionowana. „Od środka cię widzą i słyszą, fotografują cię od środka, choć tak bardzo chciałabyś na zewnątrz”. Są „zwiedzane”, prześwietlane, wziernikowane, eksplorowane za pomocą mikroskopu. Są ciałami, które nigdzie nie mogą uciec. Stają się materiałem badawczym, medycyna zwraca się do nich bezosobowo albo w zupełnie niezrozumiałej trzeciej osobie – usiądzie, wstanie, rozbierze się, ubierze się, pójdzie do domu. Ta historia się nie zamyka i nie domyka (bo nigdy nie wiadomo, kiedy rak znowu uderzy). W końcu śmierć rozwiązuje pułapkę ciała. Słuchowisko Rity Jankowskiej – i to jest jego niezaprzeczalna zasługa, wartość dodana – wskazuje również na momenty przełomowe. Nie tylko w chorobie. Wyjście z przezroczystości, z bezpodmiotowości. Bunt. Walkę o godność w okresie choroby (wiele razy do tego pojęcia odnosił się również Piotr Bursiewicz). Nieustanny i ponawiany wysiłek skierowany na odbudowę, restytucję, transformację. W świecie – dodajmy – który jest skrajnie obojętny a nawet wrogi wobec tych, którzy po chorobie (w jej trakcie; choroba nigdy się nie kończy) chcą się znów w nim określić. Na nowych zasadach. Na własnych zasadach. Po resekcji, po mastektomii, po odjęciu tego, co kulturowo definiuje kobiecość.

Dlaczego odczuwałem dyskomfort? Po pierwsze dlatego, że człowiek zdrowy (jeszcze zdrowy) obraca się na innej płaszczyźnie. Po drugie z powodu absorpcji dużej dawki ludzkiego nieszczęścia. Po trzecie – oczywiście – z powodu płci. Kultura definiująca kobiecość została stworzona przez mężczyzn. Kobiety też w niej biorą udział – jako strażniczki patriarchatu – niektórzy nawet twierdzą, że robią więcej, żeby utrzymać system niż sami faceci, ale umówmy się, że w wielu przypadkach proporcje są klasyczne. Więc to trochę jest tak, że podwójne wykluczenie (kobiecość i choroba) stanowi również element wykluczający. Dociera to do mnie szczególnie w pierwszym dniu warsztatów na ASP (zajęcia z arteterapii prowadzone przez absolwentki: Zuzannę Łapkę i Aleksandrę Kuczek). Niby występuję w roli obserwatora (cóż to za funkcja!?), moja obecność jest usprawiedliwiona i oswajana, a jednak dociera do mnie cała niekoherencja tej sytuacji. Czy może nawet: niestosowność. Na tym pierwszym (i ostatnim) spotkaniu notuję: Nie znam swojego miejsca. Nie wiem, gdzie przynależę. Czuję, że z racji bycia mężczyzną (ten fakt podkreśla również Monika Wachowicz, zanim odda głos dziewczynom z ASP – „nie da się mnie nie zauważyć”), jestem nie na miejscu. Że z racji zdrowia jestem nie na miejscu. Że moje siedzenie w okręgu jest uzurpacją, a jednocześnie wychodząc z niego, tracę jedyną możliwość zrozumienia, co się właściwie między nami wytwarza. Jaki rodzaj komunikacji i porozumienia. Zuzanna Łapka kilka dni później potwierdza moje przeczucia: „Niestety często jest tak, że osoba, która nie pracuje wspólnie, hamuje proces, to może blokować kobiety przed głębszym wyrażaniem się”. Oczywiście – nie o mnie tu chodzi. Znajduje się w tym łańcuchu transformacji na samym końcu. Zwracam jednak uwagę – z czysto reporterskiego punktu widzenia – na zjawiska, przepływy emocji, informacji, które znajdują się „poza okręgiem”. Jeśli jest prawdą – a nie ma podstaw sądzić, że jest inaczej – że choroba jednej osoby dotyczy wszystkich znajdujących się w jej pobliżu, całego systemu rodzinnego, jest jak rozchodzące się kręgi na wodzie (obraz jeszcze raz zapożyczony z rozmowy z Bursiewiczem), moim zdaniem wykracza ona również poza jej granice i jest to przepływ w obu kierunkach: kultura, system wpływa na to, jak postrzegamy chorych, chorzy wpływają (w znacznie mniejszym stopniu) na kulturę. Czasem mam wrażenie, że oba światy trzymają siebie w szachu.
Na tym pierwszym spotkaniu na Raciborskiej wsłuchuję się w głosy kilku kobiet, obserwuję ich pracę z ciałem. To dopiero początki. Niektóre osoby przychodzą z energią, inne czekają, jeszcze inne ledwie zaznaczają swoją obecność. Widać, jak łatwo z jednej strony zaangażować się w działanie, ale też jak trudno przełamać bariery wewnętrzne. Jest w grupie ewidentny podział – i osoba, która je w jakiś sposób łączy. Jest najbardziej doświadczona w chorobie a jednak ma najwięcej energii. Dotyka swojej głowy, chociaż nie głowa choruje. Choruje pierś. A jednak dotyka głowy, jakby ją głaskała. W grupie są dziewczyny młodsze. Jedna wcale nie choruje, druga w remisji. Być może trwale wyleczona. Notuję dalej, bardzo pobieżnie informacje o pracy z oddechem, z napięciami, z osadzeniem w miejscu (w ziemi), o konturach wizerunków odbitych w lustrach i o tym, jak można je przedstawić za pomocą środków plastycznych (od prostych symbolicznych form po skomplikowane kompozycje). Kilka miesięcy po zakończeniu całego projektu dostaję od Zuzi kilka nagrań głosowych – zgodnie z obietnicą. To co najważniejsze w pracy terapeutyczno-warsztatowej skupiało się wokół stworzenia bezpiecznej, wspierającej przestrzeni dla grupy (umożliwiającej otwarcie na komunikację i ekspresję, w szczególności ekspresję ciała; ruch, praca z mediami artystycznymi), ważny był również aspekt relaksacyjny (praca z napięciami związanymi nie tylko z chorobą onkologiczną ale i pandemią covidową, masaż, praca z oddechem, wizualizacjami po to, żeby poczuć obecność ciała, osadzić się w „teraz”). W trakcie ośmiu spotkań odbywających się od października do grudnia ćwiczono tworzenie obrazu siebie i „mapy” dyskomfortów i potrzeb każdej z uczestniczek, wizualizacje „animalne” i ruchowe (wyobrażanie sobie mocy natury i symboliki zwierzęcej), pracowano nad „siłą bliskości” przy wykorzystaniu interakcji (wzajemne czucie się, dotyk, uważność w kontekście spojrzenia i budowania wzajemnego zaufania). Wszystkie te działania odbywały się płynnie i w sposób płynny wprowadzały do działań kreatywnych z materią plastyczną i ciałem: lepienie mis z gliny, wyobrażających fizyczne ale i symboliczne naczynie na światło i energię, malowanie ciała (punktów najsłabszych, wymagających zaopiekowania), odciski ciała w glinie (stopy, dłonie, kark), tworzenie piosenki (każde spotkanie zaczynało się od przedstawienia przez każdą z kobiet tzw. piosenek mocy, ze słów zebranych z tych spotkań powstała pieśń kolektywna). Otrzymałem informację, że warsztaty na ASP zawiązały między uczestniczkami silne relacje, spotykają się ze sobą do dziś – oraz materiały wideo. Na jednym z nich kobiety siedzące w półkolu na podłodze odśpiewują ten kolektywny utwór. Różnica pomiędzy zapamiętanym przeze mnie pierwszym spotkaniem na Raciborskiej a tym krótkim materiałem z ostatniego etapu warsztatów jest kolosalna. Mam wrażenie, że to dwa zupełnie odrębne zespoły o dwóch przeciwstawnych energiach.
Drugim wydarzeniem cyklu, z jakim wiązałem nadzieje i który – z wyżej wymienionych powodów – obserwowałem z odległości, była sesja zdjęciowa w studio Joanny Nowickiej. W jakimś sensie to spotkanie łączyło się z pracą nad wizualizacjami, które równolegle odbywały się w ASP, ale przed obiektywem Nowickiej znalazły się również osoby, które po prostu skorzystały z zaproszenia, nie będąc zaangażowane w procesy uruchomione przez projekt „Sztuka w służbie ducha i ciała”. Nic nie jestem w stanie powiedzieć o rodzaju interakcji, jakie zachodzą (jakie zaszły) w tych niezwykłych okolicznościach. Nie jestem w stanie również nazwać relacji wytwarzającej się między mną a moim gościem/moją gościnią, których portretuję. Zdjęcie to zawsze wypadkowa świadomych procesów (ustawienie światła, rodzaj tła, układ, kompozycja, interwencje wizażowe i nieuświadomionych do końca procesów psychologicznych, tożsamościowych etc., które decydują o efekcie i wyborze konkretnego kadru. Portret fotograficzny jest najbardziej intymnym rodzajem takiej interakcji. Piszę to z całą pewnością i odpowiedzialnością: nic bardziej i precyzyjniej nie opisuje naszej historii (jak i seksualności) niż twarz.

Powróćmy na chwilę do słuchowiska Rity Jankowskiej. Jednym z kilku głównych motywów pojawiających się w tym materiale jest właśnie zdjęcie (najczęściej rentgenowskie czy RMI) oraz napięcie jakie towarzyszy różnicowaniu tego co wewnętrzne i zewnętrzne. Kobiety-pacjentki zostają w procesie terapii i rehabilitacji onkologicznej zredukowane do tego, co wewnętrzne. I nie jest to – proszę zauważyć – wewnętrze określane symbolicznie jako (o)środek życia duchowego (vide: bogactwo wewnętrzne). To redukcja radykalna, podwójne cięcie – bo pozbawiające nie tylko ciała definiującego, ale i zdefiniowanego (jako świątynia ducha). Wnętrze jest puste, jest mięsem – na dodatek mięsem chorującym. Pacjentki chcą wrócić do zewnętrzności, chcą być dotykane i oglądane – chcą znaleźć się w sytuacji, która miała miejsce przed chorobą. Więc tak: pomysł, żeby kobietom „zredukowanym” przez medycynę i kulturę przywrócić ich obraz jako całości (dla nich samych, a to w zupełności wystarczy, żeby mogły poczuć się niesame-w-świecie), uznałem za arcyważny.

Joanna Nowicka wykonała kilkanaście wielkoformatowych portretów, tworząc cykl, którego bohaterkami są wyłącznie kobiety, ujęte w proporcji ¾, un face. Tło jest jasne (poza trzema wyjątkami), światło bardzo miękkie, cienie charakteryzują się również miękką tonalnością. To co natychmiast rzuca się w oczy to fakt, że poszczególne kadry (i cały cykl) nie opowiada o zmaganiach kobiet z rakiem. Owszem, dwie nasze bohaterki straciły włosy w efekcie chemioterapii, ale ten brak wcale nie narzuca się ze swoją oczywistością. Na „planie zdjęciowym” panuje zupełny luz, nie widać tu żadnego skrępowania czy napięcia. Twarze są pogodne, właściwie harde, patrzą śmiało w obiektyw (w przyszłość). To nie są, powtarzam, portrety walki. To są twarze zwycięstwa. I nie da się tego efektu uzyskać za pomocą poleceń: rozluźnij się, wybierz jakiś ciuch, w którym będziesz się czuła wygodnie, uśmiechnij się, wyglądaj jak milion dolarów. Nie da się tego efektu uzyskać przekonując siebie wewnętrznie, że teraz na chwilę schowam głowę w piasek i udam, że nic się w moim życiu nie wydarzyło. To tak nie działa. Jeśli piszę, że cykl nie opowiada o doświadczeniu choroby onkologicznej a jednocześnie, że portrety są twarzami zwycięstwa, czy ujawniam sprzeczność? W pewnym sensie tak. To zupełnie normalna sesja portretowa. Nie zdradza ona swojego celu. Ale jednocześnie cel i geneza są określone i rzucają dodatkowe światło (a może cień) na projekt; nie da się po prostu o nim myśleć inaczej niż poprzez ten kontekst. Co się takiego wydarzyło w studio Joanny Nowickiej? Czy można powiedzieć, że kobiety odzyskały swoje ciała, podmiotowość, imiona? Czy odzyskały je znacznie wcześniej i chciały pokazać światu, jak to się robi?

Joanna Nowicka wykonała jeszcze jeden ruch, który uchylił nieco problemy z jednoznacznością. Nie ograniczyła sesji do samych fotografii (idea portretu niby stawia opór anonimowości a jednocześnie ją podtrzymuje), odbitki – zresztą pięknie zapakowane i oficjalnie przekazane portretowanym po spektaklu „W zawieszeniu” – zawierają również meta-przestrzeń, to tu anonimowość zostaje podwójnie wykreślona. Imię i myśl. Imię i motto (może na całe życie, może tylko na czas zmagań z chorobą, z pewnością jednak „o życiu”). Wymienię kilka z nich. Gabrysia: „Pozwólmy każdemu odnaleźć jego własną drogę do szczęścia”. Anna: „W życiu ważne jest życie”. Paulina „Doceń wszystko, co masz, uwierz w siebie, ciesz się chwilą”. Beata: „Żyję. A ty?”

Wracam jeszcze na jeden moment do pierwszego wydarzenia projektu – do koncertu Jazz Bar Trio, który odbył się w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym na Ceglanej. Mniejsza o sam koncert, chilloutowe wykonania standardów typu „Pod papugami” czy „Summertime”. Jestem pierwszy raz w klinice onkologicznej, nie wiem, dokąd to wszystko zmierza. Wszystko jest nowe i niezasymilowane. Powoli zbiera się widownia, pan „żółty”, pan „ziemisty” i jego ciężki oddech, „pani w dresie” w kolorze błękitu, która nie chce żadnych zdjęć, „pani w bluzce w paski” i w dużych okularach przeciwsłonecznych, „młoda dziewczyna z pasemkami” w bluzie w grochy. Domowe luźne ciuchy. Domowo-szpitalne. Z tyłu wszyscy wyglądają, jakby mieli wąsy tlenowe, a to tylko maseczki antycowidowe. Panie w pierwszym rzędzie robią sobie selfie. To coś dla mnie – mówi „pani żółta” – to są bardzo moje klimaty. W sanatorium też mieliśmy takie koncerty – odpowiada „pani w dresie”. Śmieją się, dokazują. Ale nad resztą wisi ciężki cień. Brak woli i przekonania. To tylko krótka, pewnie nawet miła, ale tylko przerwa między wlewami, zabiegami, w perspektywie, która nie sięga zbyt daleko. Być może jestem tu jedyną osobą, która nie ma związku ani z Jazz Bar Trio ani z kliniką. Wtedy jeszcze nie wiem, dokąd to wszystko zmierza. Dwa miesiące później widzę „całość”, plan, który zrealizował projekt i to, ile zostało jeszcze do zrobienia. Mam nieodparte wrażenie, że uruchomione zostały procesy, które mogą zmienić wiele w sytuacji osób chorych i społecznej reakcji na chorobę onkologiczną. Problem tkwi w tym, jak sztukę, która z zasady ma charakter elitarny, zaprzęgnąć do działań egalitarnych? Jak przekonać do niej osoby, które dopiero zaczynają swoje starcie z rakiem? Pisałem już o kręgach na wodzie, które symbolizują i wizualizują sytuację rodzin, w których pojawia się choroba. Potrzeba, żeby wizualizowały również kierunki i energię sztuki, arteterapii, które będą wspierać chorych i cały proces rehabilitacji. To może zabrzmieć dziwnie, ponieważ jest zbyt oczywiste, ale „Z życiem” powinno stać się po prostu standardem. A nawet rewolucją.

autor tekstu: Radosław Kobierski

Fundacja Sztuka dla Życia
im. Marty Paradeckiej
Sowińskiego 29/26, 40-018 Katowice
sztukadlazycia@wp.pl

 Fundacja Sztuka Dla Życia - facebook